Myślałam, że Tinder nie jest dla mnie, a znalazłam tam miłość mojego życia. [List czytelniczki]

O Tinderze, ale też o innych aplikacjach i serwisach randkowych, krąży mnóstwo opowieści. Jedne mrożą krew w żyłach, drugie są niezwykle rozczarowujące, a trzecie wiążą się z happy endem. W wirtualnej przestrzeni można poznać wymarzonego partnera, ale zdaniem naszej czytelniczki, kluczem do sukcesu jest to, by się od razu nie zrażać.

Po publikacji tekstu „Mam 35 lat i właśnie zalogowałam się na Tindera. To przerosło moje najśmielsze wyobrażenia”, w którym nasza czytelniczka opisała swoje perypetie związane z aplikacją randkową, otrzymaliśmy spory odzew. Jedna z Was po przeczytaniu artykułu również postanowiła podzielić się swoją historią i jednocześnie dodać otuchy tym, którym jeszcze nie udało się poznać online swojej drugiej połówki.

Droga Redakcjo,

Zawsze zarzekałam się, że nie pojawię się na żadnym portalu ani aplikacji randkowej, bo na pewno nie poznam tam wartościowego mężczyzny. Randki na jedną noc też mnie nie kręciły. Ale życie potrafi pisać lepsze scenariusze niż te, które jesteśmy w stanie sami wymyśleć. Zatem, jak doszło do tego, że od powtarzania niczym mantrę: „nigdy w życiu nie założę profilu na Tinderze”, nagle wylądowałam w związku z chłopakiem poznanym za pośrednictwem tej aplikacji? I to w dodatku nie jednym? A słowo „nagle” użyłam nie bez powodu…

Zadebiutowałam na Tinderze w 2018 roku. Moje dwie najbliższe przyjaciółki były wtedy w związkach, więc kiedy się spotykałyśmy, one zwykle zabierały ze sobą swoich partnerów. Czułam się jak piąte koło u wozu. Dosłownie i w przenośni. Oni opowiadali o wspólnych planach na wakacje i jak wyglądały zapoznawcze obiadki z rodzicami drugich połówek. Przysłuchiwałam się w milczeniu, robiąc dobrą minę do złej gry. Miałam wrażenie, że jestem ostatnią singielką na tej planecie. Podczas jednego z takich spotkań chłopak mojej przyjaciółki rzucił do mnie rezolutnie: „Załóż sobie Tindera! No co ci szkodzi?”. Obie dziewczyny panicznie zareagowały i zaczęły go uciszać, bo doskonale wiedzą, że nie znoszę presji. Mimo wszystko to właśnie wtedy coś we mnie pękło. Nieco zdenerwowana, ale też z poczuciem „to ja wam teraz pokażę”, chwyciłam za telefon, ściągnęłam aplikację i założyłam profil. Po wybraniu kilku zdjęć i napisaniu naprędce błyskotliwego choć enigmatycznego opisu, pojawiłam się na Tinderze. Początkowo aplikacja bardzo mnie wciągnęła. Przesuwanie palcem w lewo lub w prawo było, o dziwo, niezwykle ekscytujące.

Typy mężczyzn na Tinderze

Nasza czytelniczka w aplikacji randkowej natknęła się na różnego rodzaju mężczyzn. Podzieliła ich na kilka kategorii.

  • Typ po przejściach – że nie jest gotowy na miłość, bo leczy złamane serce.
  • Typ na jedną noc – nie owija w bawełnę. Od razu proponuje termin spotkania na seks.
  • Typ związkowy – przyjmuje tylko poważne propozycje.
  • Typ spontaniczny – otwarty na różnego rodzaju znajomości, zarówno te przyjacielskie, jak i romantyczne.
Shutterstock

Do zakochania jeden krok lub jeden „it’s a match”

Mówi się, że kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma szczęście w miłości. Pewnie dlatego nigdy nic nie wygrałam. Za to w relacjach damsko-męskich los się do mnie uśmiechnął (i to nie jeden raz, ale o tym później). Po kilku dniach od założenia aplikacji zaczęłam pisać z typem spontanicznym. To była naprawdę miła konwersacja okraszona dużą dawką poczucia humoru. Niedługo później umówiliśmy się na pierwszą randkę, bo chcieliśmy się poznać na żywo. Ustaliliśmy, że spotkamy się w kawiarni w centrum handlowym. Zależało mi na tym, żeby to nie było jakieś ustronne miejsce na odludziu, bo przecież nie znałam tego człowieka. Dziewczyny, bezpieczeństwo przede wszystkim!

Byłam bardzo zestresowana przed spotkaniem, bo to był pierwszy raz, kiedy umówiłam się na randkę w ciemno. Do tego wcześniej nasłuchałam się od koleżanek o ich nieudanych podbojach miłosnych na Tinderze. Dlatego z duszą na ramieniu, ściskiem w żołądku, ale w ulubionej sukience i w butach na obcasie pomaszerowałam na randkę z Panem Spontanicznym.

Nerwy zaczęły opadać po kilku łykach kawy i kilku wymienionych wzajemnie uprzejmościach. Okazało się, że Pan Spontaniczny to zwyczajny chłopak, który pracuje jako nauczyciel matematyki, jego pasją jest bieganie, a do tego, co najważniejsze, nie ma ani żony, ani dziewczyny, a poprzednia partnerka jest zamkniętą na cztery spusty przeszłością. Pierwsza randka była wstępem do przyjacielskiej relacji, która po dwóch miesiącach przerodziła się w związek. Sama nie mogłam uwierzyć, że tak szybko poszło. Chciałam, żeby ktoś mnie uszczypnął. Przecież tyle dziewczyn od lat szuka miłości na Tinderze, a mi się udało ją odnaleźć już za pierwszym razem?

New Drop

Ale to nie jest historia pod tytułem „i żyli długo, i szczęśliwie”. Byliśmy razem przez dwa lata, a później nasze drogi się rozeszły, bo nie chciałam być w związku na odległość. Pan Spontaniczny wyjechał za granicę do pracy, a ja zostałam w Polsce.

„Klątwa” pierwszej randki

Po kilku miesiącach od zakończenia relacji, ośmielona już nabytym doświadczeniem, znów zawitałam na Tindera. Przecież wiedziałam, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Selekcja kandydatów, którym mogłabym wręczyć klucz do mojego serca, przebiegła bardzo sprawnie. Kiedy w skrzynce pojawiały się wiadomości typu: „Hej piękna, jak ci mija dzionek?”, „ONS?” (One Night Stand – spotkanie na jedną noc), „Cześć mała, ładne masz oczy. Niżej też jesteś taka ładna?”, „Zmatchowaliśmy się już 3 godziny temu, zamierzasz tak milczeć, czy się odezwiesz?” – ich autorzy od razu byli przeze mnie blokowani.

Od mojego powrotu na aplikację randkową minęły raptem 3 dni i trafiłam na opis, który niezwykle mnie ujął. „Szukam dziewczyny, z którą mógłbym pokolorować świat”. Pomyślałam: „O! Poeta, a do tego romantyk się trafił”. Przesunęłam palcem w prawo i wyskoczyło znane mi już powiadomienie „It’s a match”. Chwilę później dostałam wiadomość: „Cześć. Czy mógłbym cię poznać?”. Zaczęłam podejrzewać, że mam do czynienia z typem związkowym. Ucieszyłam się, bo i ja byłam gotowa na coś poważniejszego. Nie chciałam więc tracić czasu na wielogodzinne wymiany wiadomości. Wolałam kuć żelazo, póki gorące. Wyszłam z inicjatywą i od razu zaproponowałam spotkanie. Pan Związkowy zareagował z dużym entuzjazmem. Później się przyznał, że nigdy wcześniej żadna dziewczyna nie zaoferowała mu spotkania w tak szybkim tempie, więc mu zaimponowałam. Po dwóch godzinach od wysłania pierwszej wiadomości już byliśmy na spacerze.

Pan Związkowy potrafił mnie rozbawić jak nikt inny. A do tego miał taki błysk w oku, kiedy na mnie ukradkiem spoglądał, że aż przeszywały mnie dreszcze. Od razu postawił kawę na ławę: opowiedział o sobie, o swojej pracy, ale też o tym, jakie relacje ma za sobą i jakiej relacji szuka. Doceniłam jego szczerość. Tym razem to on mi zaimponował.

Kiedy opisuję tę historię moim koleżankom, żartuję, że ciąży nade mną „klątwa” pierwszej randki. Zarówno w przypadku Pana Spontanicznego, jak i z Pana Związkowego już na pierwszej randce pojawiała się między nami tzw. chemia, a później wchodziliśmy w związek.

Zamieszkałam z Panem Związkowym po miesiącu znajomości. Jesteśmy razem już trzy lata i… jesteśmy zaręczeni! Nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo kochana i doceniona. Znalazłam miłość mojego życia na Tinderze, a myślałam, że to nie dla mnie. Gdybym wtedy, w 2018 roku nie odważyła się założyć po raz pierwszy konta, pewnie nie przeżyłabym tylu wspaniałych chwil. Moja opowieść to dowód na to, że, choć kobiety mogą tracić nadzieję, to da się na Tinderze spotkać wartościowego człowieka.

Założyłaś Tindera? Zwróć na to uwagę

Umawiając się na randkę z nieznajomą osobą z Internetu, przede wszystkim zadbaj o swoje bezpieczeństwo. Poinformuj bliskich, że wybierasz się na takie spotkanie, podaj im dokładną godzinę i adres. Warto też udostępnić komuś z rodziny lub przyjaciółce swoją lokalizację. Możesz też ustalić, by po 20 minutach ktoś do ciebie zadzwonił i upewnił się, że wszystko jest w porządku.

Rekomendowane artykuły