Mam 35 lat i właśnie zalogowałam się na Tindera. To przerosło moje najśmielsze wyobrażenia [List czytelniczki]

Tinder

Jeśli masz więcej niż 25 lat, pamiętasz z pewnością film „Planeta Singli”. Młodziutka i nieco naiwna nauczycielka muzyki loguje się na jednej z aplikacji randkowych. Pierwsze spotkanie „w realu” okazało się jednak klapą, choć… może nie do końca. Wkrótce randkowanie staje się jej pracą, a uczucie i tak odnajduje poza ekranem swojego telefonu. Film powstał kilka lat po premierze Tindera – najpopularniejszej chyba aplikacji tego typu. Prosty mechanizm wielu ludziom przyniósł uczucie. Jak było w przypadku naszej czytelniczki?

Jakiś czas temu na naszą skrzynkę przyszedł list od jednej z Was. Na fali niesłabnącej popularności aplikacji randkowych nasza czytelniczka zdecydowała się założyć konto na najpopularniejszym serwisie: Tinderze. Co ją tam spotkało?

Mam 35 lat i właśnie zalogowałam się na Tindera

Droga redakcjo,

po latach od zakończenia mojego ostatniego związku, moja samotność zaczęła mi doskwierać. Kolejne okazje, na które nie miałam z kim iść, unikanie spotkań towarzyskich, na których będą tylko pary i ciągłe przekonywanie samej siebie, że w tej samodzielności mi dobrze stały się przez lata moją codziennością. Mój poprzedni związek trwał 10 lat: właściwie całe moje dorosłe życie.

Podczas spotkania z koleżankami padł pomysł „załóż sobie Tindera!” – z góry uznałam go za raczej nierealizowalny. Tinder to środowisko dosyć brutalne w swojej prostocie. Kilka sekund, rzut oka na zdjęcia, przy odrobinie szczęścia także na opis i decyzja jak w starożytnym Rzymie. Tyle, że zamiast kciuka w górę i w dół o losie kolejnych kandydatów decyduje tu przesunięcie po ekranie w lewo lub w prawo. Nie lubię być oceniania, szczególnie ze względu na wygląd (ah, kompleksy), nic więc dziwnego, że do tej pory stroniłam od tego typu rozwiązań. Niemniej, zasiane przez koleżanki ziarenko kiełkowało we mnie całą noc. Rano wstałam gotowa: ok, spróbuję. Daję sobie tydzień, sprawdzę jak to działa. Przy nieocenionym wsparciu wspomnianych już koleżanek założyłam profil, starannie wybrałam zdjęcia i… zaczęła się moja przygoda ze światem internetowego flirtu. I tak stało się. Mam 35 lat i właśnie po raz pierwszy zalogowałam się na Tinderze.

Tinder

Tinder: pierwszy (nie) match

Pierwsze kroki nie były wcale łatwe. Zanim poznałam wszystkie funkcje aplikacji minęło trochę czasu (i trochę nieplanowanych polubień). Muszę też przyznać, że brak natychmiastowego matcha nieco mnie frustrował… Nagle jest! It’s a match. Całkiem przystojny pan i on z tego tłumu wybrał mnie? Takie ciacho poleci na starą pannę? Nie może być! Screena z tym pierwszym dopasowaniem rozesłałam chyba wszędzie. I wtedy pojawiły się schody, bo dość ważna dla mnie osoba napisała „znam go. albo Ty usuniesz parę, albo ja to zrobię w Twoim imieniu. Gość jest niebezpieczny”. No, ładnie się zapowiada, pomyślałam…

Zobacz także: Z Tinderem przez życie: jak założyć profil? Czy będąc w związku, lepiej odinstalować aplikację?

New Drop

Skróty na Tinderze. Co oznaczają tajemnicze literki?

Kiedy przeglądałam kolejne pojawiały się tam tajemnicze dosyć akronimy. ONS, FWB, LTR – no, muszę przyznać, nie mówiło mi to kompletnie nic. Czas więc na research. Okazuje się, że dzięki terminy te odnoszą się do rodzaju relacji, której szukamy.

  • ONS to skrót od One Night Stand – oznacza to, że dana osoba nie szuka żadnej poważnej relacji, a raczej przygody erotycznej na jedną noc. W tym przypadku oczekiwanie, że nawiążesz z kimś romantyczny związek na długie lata, będzie całkowicie nietrafione.
  • MNS – jest to skrót od Multiple Night Stand. Zakłada dłuższą “przygodę”, na takiej samej zasadzie, jak ONS – bez rozwijania głębszej relacji.
  • FWB to inaczej Friends with Benefits, a mówiąc po polsku – przyjaciele z korzyściami. Jeśli zobaczysz taki skrót na czyimś profilu, możesz się spodziewać, że dana osoba szuka kogoś, z kim będzie mogła wyjść na imprezę, spotkać się na piwo i porozmawiać, a nawet uprawiać seks, ale znajomość ta będzie oparta głównie na niezobowiązującej relacji.
  • LTR, w przeciwieństwie do ONS czy FWB, oznacza Long Term Relationship. Dodając taki skrót w swoim profilu na Tinderze podkreślisz, że szukasz wyłącznie głębszej relacji czy związku i nie w głowie Ci przygody bez zobowiązań.

Mężowie szukający przygody i pary do towarzystwa

Jednym z najbardziej zaskakujących zjawisk, z którymi spotkałam się na Tinderze są mężowie, którzy poszukują relacji ONS. Po pewnym czasie te profile stają się, oczywiście, codziennością, jednak pierwsze zderzenie z niewiernym facetem, który wprost informuje, że szuka jedynie seksu może być zaskakujące. Bardziej dziwi mnie tylko fakt, że ci panowie takie relacje tam rzeczywiście znajdują.

Na Tinderze nie brakuje też par, które szukają osób, z którymi urozmaicą swoje życie seksualne. Trójkąty, zdrada kontrolowana – ofert jest naprawdę wiele.

Marlu_baner
Tinder

Rozmowy (nie) na poziomie

Kolejne matche zaczęły się pojawiać, a wraz z nimi… rozmowy. Zdarzały się, oczywiście, konwersacje, w których nie kliknęło, ale było też kilka takich, które, po raz kolejny w ciągu zaledwie kilku godzin, naprawdę mnie zszokowały. Propozycje szybkiego seksu bez zobowiązań to jedno, ale tani podryw rodem z podrzędnych komedii romantycznych (względnie: ambitniejszych filmów pornograficznych) to zupełnie inna historia. Nie wiem, ile razy dowiadywałam się, że mój rozmówca „wyszedł spod prysznica i jest właśnie nagi i mokry” (w ramach bycia flirciarą-kocicą odpowiadałam „to teraz się wytrzyj i ubierz”), że chętnie wskoczy pod moją kołderkę, a mój biust (nie, nie użył słowa biust) lepiej prezentowałby się bez sukienki. Jednak jedną z najbardziej zaskakujących rozmów była ta, w której nowo poznany mężczyzna w drugim zdaniu rozmowy stwierdził, że „mógłby być ze mną w związku, pod warunkiem, że znajdę jeszcze jednego faceta, bo on bardzo lubi seks z facetami”. Cóż. Zdradzę Wam w tajemnicy, że nie byłam zainteresowana.

Kryptowaluty i finansowe oszustwa na Tinderze

W pewnym momencie, kiedy przeglądałam Tindera zaczęłam się zastanawiać, skąd tylu Włochów i Francuzów w mojej okolicy. Nie mieszkam w dużym mieście, więc taka sytuacja nie miała właściwie żadnego uzasadnienia. W końcu postanowiłam zaryzykować i przesunąć kilka takich profili w prawo. Na match, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, nie musiałam długo czekać, chwilę po nim pojawiła się wiadomość. Grzeczna, standardowa jak na początek znajomości. Chwilę rozmawialiśmy o pracy, o regionie, z którego Simon (zdaje się, że tak się nazywał mój rozmówca) pochodził. Po dłuższej wymianie zdań zostałam zapytana, czy interesuje się kryptowalutami. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że kiedyś się w to bawiłam, ale nie mam umysłu analitycznego, więc to raczej nie dla mnie. Wtedy zaczęły się propozycje współpracy. Wystarczy tylko, że wyślę Simonowi 10- 15 tysięcy złotych, a on szybko zmieni je w małą fortunę… Cóż. Myślę, że właśnie wtedy opcja „Usuń parę” stała się moją ulubioną.

Czy Tinder to zabawa dla każdego?

Kolejne dni w aplikacji przynosiły kolejne rozczarowania i powody do złości. Jałowe dyskusje albo propozycje niedwuznaczne wywoływały moją irytację, nie miałam ani czasu ani ochoty bawić się w to dalej, więc po 7 dniach usunęłam aplikację. Nie przeczę, że są osoby, które są w stanie znaleźć w sieci miłość – osobiście znam kilka takich par. Warto jednak wiedzieć, że to wymaga czasu i naprawdę wiele wysiłku.

Jeśli śledzicie nasz kanał na YouTube pamiętacie z pewnością jeden z naszych ostatnich odcinków, w którym Izabela pomagała znaleźć wymarzoną kreację Pannie Młodej, która miłość swojego życia znalazła właśnie na Tinderze.

Rekomendowane artykuły